Na początku ostatniej wiosny zastanawialiśmy się na GizManiaKu, jakie urządzenia i technologie zawojują przyszłość. Tym razem postanowiliśmy przyjrzeć się sprzętom, które już pożegnaliśmy lub pożegnamy dosłownie za chwilę, przez co kolejne pokolenie będzie mogło o nich co najwyżej przeczytać na Wikipedii. Łezka się w oku kręci.
Dyskietka
Dziś za niewiele ponad 100 złotych można kupić sobie pendrive’a z 32-gigabajtową pojemnością. Gdyby zaproponować taki sprzęt przeciętnemu użytkownikowi komputera 20 lat temu, zapewne zadławiłby się z wrażenia. Potem co prawda naszłaby go smutna refleksja, że jakby zsumować wszystkie dane, które przewinęły się przez dysk twardy jego komputera, to i tak nie zebrałby 32 GB, ale to nic. Sama liczba byłaby na ówczesne standardy przechowywania plików monstrualna. Był to bowiem okres, kiedy niepodzielne rządziły dyskietki.
Wtedy już od pewnego czasu królowały modele w 3.5-calowym formacie, wprowadzonym przez Sony na początku lat 80′. Pojemność znacznie (choć z dzisiejszej perspektywy, to „znacznie” oznacza raczej proporcje zmian) wzrosła wraz z rozwojem techniki. Ostatecznie zatrzymała się na 1.44 MB w 1989, kiedy to powstał ostatni popularny format. Windows 95, którego najmłodsi Maniacy również mogą nie pamiętać, mieścił się na 13 specjalnych dyskietkach o nieco zwiększonej pojemności. Dla jeszcze większego dinozaura, Windowsa 3.11, wystarczało „zaledwie” 6. To jak wyglądała wersja 3.5-calowa, choć osoby urodzone po 95′ roku mogły w życiu nie widzieć żadnego przykładu na oczy, wie każdy. W końcu do dzisiaj klikamy jej symbol, gdy chcemy zapisać jakiś plik. Tak w cyberkulturze nie wyryły się jednak wcześniejsze typy tego urządzenia. Giętką, 8-calową dyskietkę IBM zaczął sprzedawać już na początku lat 70′. Potem udało się ją zmniejszyć do 5 cali, przy porażającej pojemności na poziomie około 100 kilobajtów. Ten tekst (naturalnie bez grafik) zmieściłby się na takiej w 3 kopiach. I jeśli wasza latorośl będzie kiedyś pytać, dlaczego oznaczenia napędów komputera zaczynają się od literki „C”, oto cała tajemnica – „A” i „B” były przeznaczone dla czytników dyskietek, gdy te jeszcze były w użyciu.
- Czy SI zniszczy ludzkość?
- 8 wielkich projektów IBM
- Fujitsu K: najszybszy superkomputer na świecie
- IBM obchodzi setne urodziny!
Magnetowid
To były czasy. Starte taśmy, obraz fatalnej jakości i godziny spędzane na oglądaniu filmów akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem. Tyle rozrywki w latach 90′ mógł zapewnić tylko jeden typ sprzętu. Magnetowid to było coś! Dodatkowo był pobocznym, ale szalenie istotnym bohaterem pierwszej wielkiej wojny formatów w świecie elektroniki użytkowej. Jeśli myśleliście, że starcie pomiędzy standardem HD-DVD a Blu-ray sprzed kilku lat to coś niezwykłego, to ewidentnie nigdy nie słyszeliście o tym, jak o prymat na rynku potykały się Betamax i VHS. Biorąc pod uwagę, że dziś większość osób nie zainteresowanych historią sprzętu RTV kojarzy tylko tę drugą nazwę, nie trudno się domyślić kto wygrał. Sony przegięło z ceną swojego Betamaksa, dzięki czemu JVC i ich kasety VHS trafił pod strzechy zdecydowanie większej ilości kinoManiaKów, mimo tego, iż oferowały niższą jakość obrazu niż konkurencja.
W Europie wielki boom na magnetowidy zaczął się tak naprawdę dopiero w latach 80′, choć czytniki kaset wideo w świecie technologii nie były już wówczas żadną nowinką. Dużą zaletą tego sprzętu była możliwość łatwego nagrywania obrazu prosto z telewizora. W połączeniu z niewygórowaną ceną nośnika, pozwalało to każdemu na posiadanie własnej, wcale nie małej kolekcji filmów. Oczywiście były w koszmarnej jakości, ale kogo to wtedy obchodziło? Cała ta „jakość” stała się nagle istotna dopiero z nadejściem DVD, które bezlitośnie rozprawiło się z magnetowidami i standardem VHS. A teraz dostaje za swoje od coraz bardziej popularnego formatu Blu-ray. Oto i zemsta Sony. Z Betamaksem poległo, ale BR radzi sobie świetnie.
Walkman i Discman
Ktoś mógłby się czepiać, że marka Walkman ma się przecież całkiem dobrze. W końcu Sony sprzedaje przenośne odtwarzacze multimedialne z tej linii w hurtowych ilościach. A jakby tego było mało, japońska firma ma jeszcze sporą grupę telefonów komórkowych, także należących do rodziny Walkman. Skąd więc ten sprzęt na liście rzeczy odchodzących w zapomnienie? Bo prawdziwy Walkman był tylko jeden. I bynajmniej nie miał kolorowego wyświetlacza LCD, na którym można by było oglądać różne multimedia, od zdjęć z wakacji, aż po ulubione filmy, kilku gigabajtów pamięci flash i tuzina mniej lub bardziej użytecznych funkcji. O nie. Sercem pierwszych urządzeń z serii Walkman, które trafiły na japoński rynek latem 1979 roku, był czytnik kaset audio.
Nie był to co prawda pierwszy tego typu sprzęt w sprzedaży, ale żaden wcześniej nie miał za sobą połączenia dobrej reklamy i przystępnej ceny. Walkman szturmem zdobył serca miłośników muzyki, którzy od tej pory mogli za niewygórowaną sumę kupić zgrabne urządzonko, pozwalające im zabrać wszędzie ze sobą ulubione kawałki. Pierwszy model, Walkman TPS-L2 to absolutna legenda elektroniki użytkowej. Znalazł się nawet na liście 100 najważniejszych gadżetów według Time. Można śmiało stwierdzić, że choć z czasem pojawiały się kolejne wersje, to następnym podobnie udanym produktem Sony była dopiero konsola PlayStation. Nawet Discman z 1984 roku, choć miał swój urok i przyczynił się do rozwoju standardu Compact Disc, nie miał w sobie tej duszy co legendarny TPS-L2. A dzisiaj? Tylko iPod i iPod…
- Nowy Sony Walkman NW-Z1000
- Sony Walkman NWZ-B160: nowa seria odtwarzaczy MP3
- Nowe Walkmany Sony z serii A
- Sony prezentuje Sony Walkman B-Series
- Sony Walkman X - zany ceny!
Telefon stacjonarny
Aż ciężko uwierzyć, że to urządzenie już niedługo swoje miejsce będzie miało jedynie w gablotach w muzeach techniki. Alexander Graham Bell (lub, dla oburzonych historycznych purystów – Antonio Meucci) dał światu ten wynalazek w końcówce XIX wieku. Na tle wymienionych powyżej sprzętów, z których żaden nie może pochwalić się nawet 50-letnim stażem, to szczególnie imponujące. Oczywiście telefon nie stał się standardem w każdym domu z dnia na dzień, ale i tak szybko zdołał podbić świat. To właśnie na fundamentach postawionych przez pierwszą firmę Bella powstało słynne AT&T, jedne z największych operatorów telekomunikacyjnych na świecie.
W 2004 roku w Polsce mieliśmy ponad 12 milionów łączy stacjonarnych. Był to szczyt ich popularności nad Wisłą. Później ta liczba zaczęła gwałtownie maleć. Pod koniec 2008 roku zostało już tylko niewiele ponad 9 milionów łączy. Wynik ten nieustannie się pogarsza. Sprawcą tego są oczywiście telefony komórkowe. I ciężko się temu dziwić. Mniejsze, wygodniejsze, niedrogie w utrzymaniu, wielofunkcyjne… mają wszelkie predyspozycje do tego, by u prywatnych użytkowników całkowicie wyprzeć stacjonarki. Wielu ludzi (w tym także niżej podpisany) utrzymuje jeszcze łącza tylko dlatego, że dzięki nim mogą korzystać z Internetu. Poza tym, telefon domowy służy już tylko do mówienia „dziękuje, nie jestem zainteresowany” natrętnym telemarketerom. Same urządzenia też już i tak nie przypominają swoich dawnych, klasycznych wersji. Współczesne stacjonarki to często modele bezprzewodowe, które wyglądem zbliżyły się do starych komórek, pamiętających prehistoryczne czasy Nokii 3210. Nie ma już miejsca dla charakterystycznych urządzeń z tarczami numerycznymi. Odeszły bezpowrotnie i o ile z praktycznego punktu widzenia ciężko ich żałować, to, jakkolwiek hipstersko by to nie brzmiało, swoistego uroku i klasy nie dało się im odmówić.
Mapa
Jeśli wynalazek Bella w porównaniu z wcześniejszymi pozycjami był prawdziwym dziadkiem, to co dopiero powiedzieć o mapie? W kalendarzu nauki i techniki niewiele jest miejsca dla przedmiotów tak leciwych. Choć nie ma co do tego pełnej zgody, za pierwszą mapę w historii uznaje się malowidło naścienne ze starożytnego miasta Catal Huyuk. Ma ona ponad 8 tysięcy lat, choć niewykluczone, że inny obraz znaleziony w jaskini w Hiszpanii, to także mapa i to znacznie starsza – sprzed aż 14 tysięcy lat. Z malowideł w końcu przeszliśmy do wersji papierowych. Potem udało się dodać do tego kompas, znacznie ułatwiając nawigację. W Europie stał się popularny w późnym średniowieczu, ale Chińczycy znali igłę magnetyczną już w okolicach początku naszej ery. I choć nie można w dwóch wymiarach stworzyć mapy, która dochowałaby wierności rzeczywistym kątom, odległościom i powierzchniom, stała się ona podstawowym elementem każdego podróżnika, mniejszego, czy większego. Z samego pomysłu na posiłkowanie się czymś takim w trasie co prawda nikt ani myśli rezygnować, ale w samochodach wielu kierowców papierowe wydania nie mają już czego szukać. Teraz wszechobecne stały się moduły GPS z ich cyfrowymi wersjami map, głosowymi asystentami, wyznaczaniem trasy, wyszukiwaniem fotoradarów i całym mnóstwem innych, bajecznych funkcji.
Urządzenia nawigacyjne zyskują coraz większą popularność także wśród entuzjastów pieszych wycieczek. Poza tym, w obecnych smartfonach GPS to właściwie podstawa. Choć rozsądek nakazuje, by w kwestii właściwej trasy nie pokładać bezgranicznego zaufania w technologii, to coraz częściej można usłyszeć historie typu „i śmieszno i straszno” o kierowcach wjeżdżających do jezior lub w drzewa albo busiarzach próbujących przecisnąć się przez zbyt niskie tunele. Aż strach pomyśleć o tym, że za kilkanaście lat tradycyjna nawigacja przy użyciu papierowej mapy może dla większości osób stać się czarną magią.
- Pioneer AVIC-ZHO9-MEV: nawigacja dla ?elektryków?
- Co zabrać na urlop, czyli zestaw waKacyjnego maniaKa
- Garmin eTrex: odświeżona linia GPS-ów
- Sony nav-u NV-U37: przenośna nawigacja
- Mio Spirit 2011: nowa linia nawigacji
- Garmin d?zl 560 LT: nawigacja dla kierowców ciężarówek











